Dom Tymczasowy w Kocim Zaułku
W Kocim Zaułku od lat prowadzimy dom tymczasowy dla kotów. Nasza misja to zapewnienie bezdomnym mruczkom bezpiecznego miejsca, opieki weterynaryjnej i miłości, zanim znajdą swoje domy na zawsze.
Podczas pobytu możesz:
- odwiedzić nasze catio – kocią enklawę, gdzie koty bezpiecznie cieszą się świeżym powietrzem,
- dowiedzieć się, jak wspieramy koty i jak możesz pomóc,
- poznać naszych podopiecznych i może… zakochać się w nowym przyjacielu?
Poznaj swojego towarzysza!
Każdy z naszych podopiecznych marzy o własnym kąciku, ciepłym legowisku i człowieku, który będzie się o niego troszczył. Jeśli czujesz, że w Twoim domu jest jeszcze miejsce na dodatkowy ogon i mruczenie – daj szansę jednemu z nich. Zapraszamy na naszego Facebooka – tam na bieżąco pokazujemy, jak wyglądają nasi tymczasowi lokatorzy, ich charaktery i małe codzienne cuda i przygody. Może właśnie tam zobaczysz TEN wzrok? 🐾
Poznaj naszych stałych mieszkańców!
Oto nasi stali mieszkańcy, którzy znaleźli u nas swój dom. Zapraszamy do ich poznania i może nawet spotkania w naszym Catio!
Pufek
Pufek „miał być do adopcji”. Taki był plan. Tylko że plan nie wiedział, że ma do czynienia z rudym kotem. Na początku siedział wciśnięty w kąt, pufał, syczał i wyglądał jak zawodowy ochroniarz, który ma w kontrakcie „brak kontaktu z ludźmi”. Stąd imię — Pufek. Dzisiaj? Kompletnie inny egzemplarz. To nasz domowy gaduła i przytulak-na-etacie. Zawsze przyjdzie, opowie trzy dramatyczne historie, po drodze wynegocjuje głaski, a na koniec jeszcze doda, że nikt go nie rozumie. Jego ulubione hobby: domaganie się wyjścia z catio. Robi z tego telenowelę — jęki, spojrzenia, sceny rozpaczy. A gdy tylko znajdzie się po drugiej stronie krat… od razu traci rezon i rozgląda się, jakby pytał: „Przepraszam, kto tu włączył dzicz? Ja bym już jednak wrócił do domu”. No i jest rudy. Czyli pełen „orange cat syndrome”: chaos w głowie, miłość w sercu i absolutna pewność, że wszystko, co dzieje się w promieniu pięciu metrów, dotyczy właśnie jego. A przy okazji — to nasz oficjalny PR-owiec. Z każdym pogada, każdego zaczaruje, a potem i tak wystąpi z kolejną skargą na swój strasznie ciężki koci los.
Jacquantavius
Jacquantavius pojawił się u nas trochę „przypadkiem”. Sąsiadka znalazła go i przyniosła z myślą, że pomożemy mu znaleźć dom. Plan był prosty: ogłoszenie, adopcja, szczęśliwe zakończenie. Tylko że… on postanowił skrócić tę drogę. Podbił nasze serca w tempie ekspresowym — tak po prostu, bez spektakularnych gestów. Wystarczyło jego spokojne mruczenie, spojrzenie pełne zaufania i to wrażenie, że już jest „nasz”. Decyzja zapadła szybciej, niż zdążyliśmy się nad nią zastanowić. Imię: Jacquantavius. Dlaczego? Lepiej nie pytać — wygląda na to, że kot przyjął je z pełną godnością i tyle mu wystarczy. Ma swoje pasje. Uwielbia spacery na smyczy i tylko czeka na okazję, żeby spróbować wymknąć się z catio, jak prawdziwy mistrz wypraw kontrolowanych. A kiedy już wraca, wybiera życie w wersji „wellness”: ciepło, kaloryfer, kocyk i najwygodniejsze miejsce w domu. Jacquantavius udowodnił nam, że niektóre koty nie trafiają „do adopcji”. One po prostu trafiają tam, gdzie od początku miały zostać.
Szarusia
Szarusia nigdy nie planowała być „czyjaś”. Razem ze swoją siostrą Zuzią trafiła do nas z lasu — nieufna, czujna, z tym spojrzeniem dzikiej kotki, która nauczyła się, że świat bywa niebezpieczny. Od początku było jasne, że to nie jest kot, który wbiegnie w ramiona pierwszej napotkanej osoby. Jest w niej jakaś elegancja — miękki krok, delikatny ruch ogona, to dyskretne „bycie obok”, które bardziej przypomina obecność niż demonstracyjne okazywanie uczuć. Długo dawała nam do zrozumienia, że bliskość trzeba sobie zasłużyć. I wielu ludzi uznało, że to „za trudne”. Dlatego nowy dom nigdy się dla niej nie znalazł. Została. A z czasem okazało się, że tak właśnie miało być. Szarusia, choć nieśmiała wobec ludzi, ma w sobie niespodziewaną czułość dla innych kotów. To ona pierwsza podchodzi do nowych „tymczasów”, sprawdza, czy wszystko w porządku, uczy ich domowych zasad — spokojem, przykładem, cierpliwością. Jakby wiedziała, że każdy z nich niesie swoją własną historię strachu i zagubienia. Dziś jest u nas „na stałe”. Nie dlatego, że nikt jej nie chciał — ale dlatego, że tutaj wreszcie nie musi nic udowadniać.
Zuzka
Zuzia, siostra Szarusi to zupełnie inna opowieść. Charakter ma jak na pięć kotów — odważna, zaczepna, zawsze pierwsza do zabawy i… do małych prowokacji. Jeśli w domu ktoś nagle biegnie przez korytarz, poluje na wyimaginowaną mysz albo planuje zasadzkę zza fotela — można się domyślić, że to właśnie ona. A jednak pod tą energią kryje się kotka, która wciąż nie do końca ufa ludziom. Kiedy bierze się ją na ręce, cała sztywnieje, jakby w jednej chwili straciła pewność siebie. Wtula głowę pod ramię, chowa pyszczek — jak mały Struś, który wierzy, że jeśli go nie widać, świat zobowiązany jest go nie dotykać. Stąd jej przezwisko: nasz „Struś”. Zuzia potrzebuje przestrzeni i czasu, lubi decydować o wszystkim sama — o tym, kiedy pogoni kota, kiedy da się pogłaskać, a kiedy po prostu usiądzie i będzie patrzeć z miną kogoś, kto ma własne zdanie na każdy temat.